Wysiadając z autobusu, zobaczyliśmy kilka kolorowych i (w europejskim poczuciu estetyki) kiczowatych straganów (choć dla mnie w Azji słowo „kicz” i jego pochodne są nieaktualne), pełnych drobnych bibelotów, małych posążków Buddy, lokalnych przysmaków (suszonych świerszczy, wężówki i fasoli). Po około 15-minutowym marszu dotarliśmy do wodospadu Akiu, który choć nie wydaje się spektakularny bo mierzy 55m i przypomina naszą dobrą, starą Siklawę, to jest idealnym miejscem na odpoczynek na łonie natury. Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie sceneria w jakiej wodospad się znajduje- góry, zieleń i spokój. Oddalając się od wodospadu nadal słysząc jego szum, przez las zbliżamy się do świątyni buddyjskiej z której co jakiś czas dochodzą niskie dźwięki gongu.
Wąwóz Genbikei George ma około 2 km i dla wszystkich „profesjonalnych” turystów to krótka, ale przyjemna rozgrzewka. Ogromne dyski skały wapiennej w połączeniu z zielenią drzew, idealnie wpisują się w rytm rzeki Iwai-Gawa. Tradycyjnie- spacer, woda, skały. Chociaż spacer po okolicy, gdzie otaczały mnie pola ryżowe, góry, rzeka, palące słońce przysłonięte szarymi chmurami, momentami sprawiały, że czułam się jak jedna z bohaterek powieści Lessing (chociaż one w większości mieszkały w Afryce).






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz