Właśnie przed chwilą, usłyszałam jakiś obcy język (nie polski, nie japoński, nie angielski) dochodzący zza drzwi. Po chwili mój mózg przetworzył go i zidentyfikował- to był niemiecki. Do naszego żeńskiego akademiku wprowadziły się dwie Niemki. Dla mnie to nowość, bo do tej pory byłam jedyną Europejką i jedyną… jasnoskórą osobą. Ale nie o tym chcę pisać. Dziś kilka słów na temat jedzenia. Tak, w końcu. Choć z przykrością stwierdzam, że do tej pory nie spróbowałam sushi (nie licząc jednego z tofu, które smakowało jak zimny roztopiony, słodki serek z ryżem). A teraz przed wami- "kawałek" kuchni japońskiej:
1. Zupa Miso
Ciężko było mi się do niej przekonać, bo widząc jakiś bulion w małej miseczce, pachnący morzem i pływające w nim algi, nie wyglądały zachęcająco. Ale nie byłabym sobą gdybym nie spróbowała- w ten sposób zupa Miso stała się idealnym uzupełnieniem każdego obiadu. Z jap. „Miso-shiru” jest przygotowywana na bazie dashi”- tradycyjnego bulionu kuchni japońskiej sporządzonego z wiórów ryby bonito i wodorostów kombu (smakuje trochę jak nasz rosół, tyle że zapach jest na wskroś rybi), pasty sojowej otrzymywanej z fermentowanej soi, z dodatkiem ryżu, jęczmienia, soli i drożdży (ta pasta ma wiele różnych zastosowań w kuchni japońskiej). Jak już wcześniej wspomniałam z reguły pływają w niej wodorosty, często jest podawana z kawałkami serka tofu, z wieprzowiną i ziemniakami. Generalnie dodatki zależą od regionu w jakim akurat się przebywa. W Sendai często widuję zupę Miso z wieprzowiną charakterystyczną dla regionu Tohoku (muszę dowiedzieć się jak się dokładnie nazywa). Jedna z moich znajomych Japonek, powiedziała, że uważa się, że zupa Miso ma chronić przed łysieniem… Mi to akurat nie grozi, ale dla panów- jak znalazł.
2. Soba
Najlepszy makaron jaki w życiu jadłam. A to dlatego, że jest przygotowywany z mąki gryczanej (ja uwielbiam kaszę gryczaną). Jest podawany bardzo często na wiele sposobów: z zupą miso, z sosem sojowym, serkiem tofu, jajkiem, wodorostami itd.. Soba jest bardzo popularna, można spotkać wiele knajpek specjalizujących się w przygotowywaniu tylko makaronu na wiele sposobów. Osobiście- stałam się wielką fanką jego smaku, struktury i lekkostrawności (czego o ryżu niestety nie można powiedzieć). Dlaczego zaczęto produkować makaron z mąki gryczanej? Otóż kryje się za tym ciekawa historia. W XVII wieku na terenie dawnego Edo (dzisiaj Tokyo), populacja ludzi zamożniejszych była bardziej podatna na chorobę beriberi (którą powodowało duże spożycie ryżu). W związku z tym należało znaleźć „substytut” ryżu, który zredukowałby niedobory tiaminy. Bogata w tą substancję soba, okazała się idealnym „kandydatem” i z czasem stała się, obok ryżu, podstawą codziennych posiłków Japończyków
3. Ozory wołowe
„Gyutan” spróbowałam chyba trzeciego dnia, podane na patyku, grillowane w przyprawach. Opory miałam podobne jak przy miso, ale zgodnie z maksymą „gdy jesteś w Rzymie- zachowuj się jak Rzymianin” chwyciłam byka za rogi… Tak. I rzeczywiście, ozory wołowe to tutejsza specjalność, podawane są na wiele sposobów: gulasze, kotlety, grillowane, pieczone itd.. W samym Sendai jest wiele restauracji, które przyrządzają tylko potrawy z ozorów. Moja mama, powtarza: „ozory to bardzo zdrowe i czyste mięso”. A ja przy tym dodam- całkiem smaczne.
4. Słodycze
Kolejnym (i to dużym zaskoczeniem) była niemiłosiernie słodka pasta „tsubuan” z czerwonej fasoli „azuki”, która jest dodawana do większości deserów, ciasteczek itd.. Absolutnie odpadłam. Jadłam z nią lody, jadłam z nią ciastka i niestety muszę z żalem stwierdzić, że tak słodkich przekąsek nie toleruję. Ale wśród tych przesłodkich delikatesów, odnalazłam słodycze, tak- na bazie soi „zunda”, sporządzonej z niedojrzałych fasolek soi „edamame”, typowe dla Sendai, które smakowały mi wyjątkowo- pudding z „zundą” i lodami waniliowymi, ciastko ryżowe wypełnione słodką pastą. Sama fasolka jest też przepyszna sama i bardzo popularna jako słona przekąska do piwa. Legenda głosi, ze zalożyciel Sendai Lord date, jadł fasolkę przeciętą swoim mieczem, przed wyjściem na bitwy. W Sendai oprócz słodyczy na bazie „zundy” charakterystyczne są małe … nie wiem jak to nazwać, nazwę po prostu „hagi no tsuki”. Są to leciutkie, okrągłe (przypominające) księżyce ciastka (ciasto smakuję trochę jak bardzo „gąbczasty” omlet) wypełnione kremem na bazie mleka i jajek. Dla mnie bomba, ale nie więcej niż jeden bo pozostawiają charakterystyczny „jajeczny” smak w buzi.
Kończąc ten post, pozwolę sobie na krótką anegdotkę. Bedąc w oceanarium w Sendai, wiele Japończyków, patrząc się na ryby, kalmary, ośmiornice, kraby i rożne inne dziwactwa, mówiło z dość dużą ekscytacją "oishii!" co tłumacząc na polski znaczy "pyszne!". Poniżej załączam filmik z gigantycznym krabem, który może (albo i nie) zmusić was do refleksji nad stwierdzeniem "oshii!" w odniesieniu do głównego bohatera...
Pod koniec dodam- to napewno nie jest ostatni wpis o kuchni japońskiej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz